Pl  |  Eng
Festiwalowe Studio Internetowe


Gazeta Festiwalowa

 

 

12.10.2013

Finał, czyli nowy początek

Po ośmiu dniach festiwalowego Wielkiego Święta Małego Człowieka przyszedł czas na podsumowanie. Na Dużej Scenie Teatru Powszechnego, tam, gdzie odbyła się uroczysta inauguracja Festiwalu, odbyło się i jego zwieńczenie. Ceremonię zamknięcia Festiwalu poprowadzili: Dyrektor Festiwalu, pani Grażyna Karwowska-Winiarek i Dyrektor Artystyczny, Wojciech Faruga. Nie mogło zabraknąć także innych znamienitych gości, na czele z panią Haliną Machulską, pierwszą dyrektor Festiwalu i jego inicjatorką oraz Maciejem Wojtyszką, dyrektorem honorowym. Formalną atmosferę ocieplał zespół instrumentalny, który – pod wodzą Zuzanny Falkowskiej – przygotował aranżację do piosenek w wykonaniu młodzieży z Ogniska Teatralnego na kanwie czterowersowych wierszy Brzechwy o zwierzętach.

Polski Ośrodek ASSITEJ, jak co roku, wręczył 13 Atestów – Świadectw Wysokiej Jakości i Poziomu Artystycznego. Wśród laureatów znaleźli się zeszłoroczni goście festiwalu: „Najmniejszy Bal Świata” toruńskiego Teatru Baj Pomorski, „Wnyk” z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora, „Tajemnicze dziecko” z warszawskiej Lalki oraz „Podłogowo” wrocławskiego LALE.Teatr, a także dwóch tegorocznych: „Le Filo Fable” Teatru Lalki i Aktora w Wałbrzychu oraz „Chodź na słówko” z Centrum Sztuki w Poznaniu i „Lokomotywa” Teatru Powszechnego w Warszawie.

Laureatem nagrody im. Jana Dormana dla twórcy polskiego został Zbigniew Lisowski, dyrektor Teatru Baj Pomorski w Toruniu, zaś dla twórcy zagranicznego – Ulrich Hub z Niemiec, autor wystawionej na 12 polskich scenach sztuki „Na arce o ósmej” (na „Korczaku 2011” w realizacji Teatru Lalka). Trofeum dla krytyka teatru dla dzieci i młodzieży trafiło w ręce Marka Waszkiela.

Przewodniczący Jury, w którego skład weszły także Eva Čárska (Słowacja) i Marina Medkova (Rosja), pan Marek b. Chodaczyński, przedstawił werdykt. Główną nagrodę Festiwalu otrzymał zeszłoroczny laureat „Kota w worku” – nagrody polegającej na zaproszeniu zespołu na przyszłoroczny Festiwal z dowolnie wybranym spektaklem – LALE.Teatr z Wrocławia, tym razem za „Ścianę.Banana” w reżyserii Janki Jankiewicz-Maśląkowskiej i Tomasza Maśląkowskiego. „Kot w worku” 2013 trafił w ręce Teatru Lalki i Aktora z Wałbrzycha za „Le Filo Fable” w reżyserii Joanny Gerigk. Dyplomami wyróżniono także zespół aktorski Teatru Powszechnego za „Lokomotywę” Teatru Powszechnego w Warszawie (reż. Piotr Cieplak), twórczynie „Mozaiki” – Beata Bąblińska i Monika Kabacińska z poznańskiego Atofri oraz dwoje scenografów spektakli granych w warszawskim Teatrze Lalka: Katarzyna Proniewska-Mazurek za „Co słychać” oraz in memoriam Ivan Hudák za „Odyseję”. Warto dodać, że ostatni spektakl grany jest na deskach „Lalki” od 1999 roku.

Jurorzy-juniorzy, w wieku od przedszkolnego do licealnego, przyznali nagrodę „Ziarenko” Teatrowi Figur z Krakowa za „Mglistego Billy’ego” w reżyserii Mateusza Przyłęckiego i wyróżnili następujące spektakle: „Emil z Lönnebergi” – Teatr Baj (Warszawa), „Koziołek Matołek” – Teatr Dramatyczny (Warszawa), „Odyseja” – Teatr Lalka (Warszawa), „Stawiam na Tolka Banana” – Teatr im. Stefana Jaracza (Olsztyn), „ Łauma. Bajka zbyt straszna dla dorosłych.” – Teatr Studio (Warszawa).

Praca jurorów na pewno nie była łatwa, w przyszłym roku jednak stanie przed nimi jeszcze poważniejsze zadanie: Festiwalowi towarzyszyć będzie 18. Światowy Kongres ASSITEJ, na który zjadą się przedstawiciele Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży z całego świata. Program Festiwalu będzie zatem wyjątkowo bogaty. Tego wydarzenia nie można przegapić i już wszystkich czytelników na nie serdecznie zapraszamy. Rezerwujcie sobie końcówkę maja: od 24 do 31 maja 2014 r. dzieci zawładną całą Warszawą!

Urszula Bisek

 


12.10.2013

Strach się bać...

W ostatni dzień 17. Międzynarodowego Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży do konkursu stanął spektakl Teatru Studio z Warszawy "Łauma. Bajka zbyt straszna dla dorosłych". To postawienie kropki nad "i" wobec różnorodności form i sposobu kontaktowania się z młodym widzem podczas tegorocznego "Korczaka". Spektakl szczególny, bo zrealizowany na podstawie komiksu Karola KaeRela Kalinowskiego, przy konsekwentnym zachowaniu przez reżysera Rafała Samborskiego charakteru gatunku.

Wszechogarniająca biel kostiumów i tła aktorskiej gry "nakrapiana" czarno-białymi ilustracjami komiksu pomysłu Karoliny Krawczyk. Bohaterowie, uwolnieni z niemych obrazów, zabierają widzów w świat ludycznych wierzeń tajemniczej Suwalszczyzny, by za chwilę ponownie pozwolić zamknąć się na kartach komiksu. Teatralną rzeczywistość rysunkowej scenografii tworzy też na oczach widzów reżyser. Jest rzutnik, teatr cieni, dźwięki, muzyka realizowana na żywo przez Ygora Przebindowskiego i... dzieje się…

Zainteresowanym częścią tytułu po kropce, wyjaśniam... było rodzicielskie "spoglądanie po sobie", osobiście również czułam pewne zaniepokojenie, podczas gdy pierworodny spokojnie zwisał z fotela, śląc porozumiewawcze spojrzenia i pełną zadowolenia minę. Bo cóż, bajkę na ekranie, w której mowa o spektakularnym samobójstwie babci czy ubijaniu kijem straszydła (z przekonującymi odgłosami ubijania oczywiście), wyłączyłabym bez wahania, a tu teatr, sztuka i… "sama mnie tu przyprowadziłaś, mamo…". Atmosfera grozy nie niknie, niby kiedy przestać się bać, jeśli mowa o stworach, straszydłach i Łaumie – okrutnej czarownicy, która wyłazi z lokalnych opowieści i mitów uwięzionego pomiędzy Krainą Tysiąca Jezior a zimnym Bałtykiem zakątka.

Tu właśnie z Warszawy sprowadzili się, po wspomnianym już samobójstwie babci, rodzice małej Dorotki. Życie na wsi w niczym nie przypomina egzystencji w wielkim anonimowym mieście. Dziewczynka zaprzyjaźnia się z uroczym infantylnym skrzatem (w tej roli świetny Mateusz Lewandowski) oraz słomianym strachem (ukłon dla Krzysztofa Stróżyckiego), którzy wprowadzają ją w świat lokalnych legend i straszną historię Łaumy, przed którą będą jeszcze uciekać…

W programie Korczakowskiego festiwalu spektakl kierowany do 10-letniej widowni, choć Teatr Studio adresuje przedstawienie do 7-latków. W moim odczuciu 7-latkowie powinni jeszcze trochę poczekać…

Zuzanna Talar

"Łauma. Bajka zbyt straszna dla dorosłych"
adaptacja i reżyseria: Rafał Samborski
scenografia: Karolina Krawczyk
oprawa muzyczna: Ygor Przebindowski
inni twórcy: kostiumy: Monika Komorowska, Anna Cichosz
koncept fryzur i wizażu: Sylwia Smuniewska
aranżacja stylistyczna: Sylwia Smuniewska i Anna Cichosz / Wizerunkownia Rebellious
światło: Bartosz Piotrowski
obsada: Kalina Hlimi-Pawlukiewicz, Mateusz Lewandowski, Krzysztof Strużycki, Ygor Przebindowski /muzyka na żywo/

 


11.10.2013

Stawiam na Tolka Banana!

Z zasady przedstawienia teatralne przeznaczone dla młodzieży budzą moją nieufność. Sami pewnie wielokrotnie tego doświadczyliście: wielu niezbyt młodym twórcom teatru wydaje się, że gimnazjaliście wystarczy zarapować, żeby kupić jego uwagę. Aktorzy z poświęceniem robią z siebie osoby niespełna rozumu, by po drugiej stronie natknąć się na mur niezrozumienia i pogardy. I tak po godzinie męki wszyscy rozchodzą się do domów z uczuciem zażenowania. Współczesna wersja słynnej powieści i serialu „Stawiam na Tolka Banana”? Brrr...

A jednak udało im się! Aktorzy Teatru im. Stefana Jaracza z Olsztyna na ponad godzinę zaczarowali nastolatków licznie zgromadzonych na widowni Teatru Powszechnego. Skupienie i uwaga, żywiołowe reakcje wybuchające w momentach precyzyjnie wyznaczonych przez reżysera, szeroko otwarte oczy, a u niektórych, młodszych – także usta. To się zdarzyło naprawdę, sama widziałam.

Na czym polega sukces twórcy adaptacji, Piotra Rowickiego, reżysera Piotra Ratajczaka i ich zespołu aktorskiego? Proszę wybaczyć patos: na prawdzie. Ze sceny padają słowa współczesnego języka, a nie takiego, który komuś wydaje się współczesny. Sytuacje, które Rowicki dopasował do wypreparowanego szkieletu powieści Adama Bahdaja, nie trącą myszką, nie drażnią sztucznością. Może nie każdy widz zalicza się do obrazowanej podczas przedstawienia „trudnej młodzieży”, ale każdy ma styczność z atrybutami współczesności – techniką, gadżetami oraz problemami współczesności – brakiem czasu, trudnościami rodzinnymi, często niedostatkiem materialnym. Aktorzy nie udają dużo młodszych niż są. Ze swoim dorosłym wyglądem, głosami, sposobem poruszania po prostu opowiadają ciekawą, wciągającą historię. Dużą pomocą jest prosta, funkcjonalna scenografia będąca jednocześnie podwórkiem Julka, starą fabryką i centrum handlowym, dobrze dobrana muzyka (Myslowitz) i świetne kostiumy autorstwa Grupy Mixer.

Jedyny zarzut, który mogłabym postawić przedstawieniu, to fakt, że sceniczna prawda nieco przykrywa sens całej opowieści. Zanurzeni w świecie Karioki i jej kumpli widzowie mogą łatwo przeoczyć przesłanie Tolka Banana. Przesłanie bardzo proste: bądźcie aktywni – każdy może zrobić coś wartościowego niezależnie od swojego statusu materialnego i życiowych niedogodności. Miejmy nadzieję, że się mylę. Od aktywnej postawy dzisiejszych gimnazjalistów tak wiele przecież zależy: teraz i w przyszłości.

Magdalena Foks

„Stawiam na Tolka Banana”
na podstawie powieści Adama Bahdaja
Teatr im. Stefana Jaracza – Olsztyn
www.teatr.olsztyn.pl
adaptacja: Piotr Rowicki
reżyseria: Piotr Ratajczak
scenografia: Matylda Kotlińska
oprawa muzyczna: Piotr Ratajczak
kostiumy: grupa Mixer
ruch sceniczny: Arkadiusz Buszko
obsada: Grzegorz Jurkiewicz, Agnieszka Giza, Katarzyna Kropidłowska, Marcin Tyrlik, Radosław Hebal, Paweł Parczewski, Jarosław Borodziuk oraz studentki Studium Aktorskiego: Sylwia Krawiec , Lidia Pronobis

 


11.10.2013

Tam, gdzie podobno skaczą audiopyłki

Nie jestem pewna, czy moja relacja ucieszy twórców „Audiopyłków”. Jest to bardzo tajemnicze zdarzenie teatralne. Wielu coś niby wie, każdy coś słyszał, ale nikt – nikt dorosły – ich nie widział.

Uchylę rąbka tajemnicy. Koncepcja jest prościutka. Przychodzimy z dzieckiem do teatru. Najpierw bierze ono udział w krótkim warsztacie teatralno-logopedycznym. Niewielką grupą dzieci (może być ich najwyżej ośmioro) opiekuje się dwoje animatorów: Monika Dąbrowska i Robert Jarosz, autor i reżyser widowiska. Atmosfera szybko robi się przyjacielska. Rodzice grzecznie czekają z boku, patrząc, jak ich pociechy radośnie pląsają po kawałku wykładziny rozłożonym na scenie. Zapoznanie trwa kilka chwil, animatorzy szybko przechodzą do rzeczy. Trudno streścić dowcipną rozmowę na temat pyłków. „Obejrzyj swoje skarpetki, każdy z nas codziennie przenosi na sobie wielu maleńkich podróżników, którzy zgrabnie przeskakują z jednego środka transportu na drugi”. Ale to nie koniec, są jeszcze audiopyłki, zupełnie specjalne cząsteczki, które podróżują za pośrednictwem dźwięków. „Chcesz posłuchać, o czym śnią? Chcesz, prawda?” A figa z makiem, jesteś za stary. Sny audiopyłka poznają przez słuchawki tylko dziecięcy wybrańcy. Jeśli jesteś z którymś zaprzyjaźniony, a on wystarczająco komunikatywny, to być może coś Ci opowie. Nie wpuszczą Cię też do specjalnej kapsuły, którą zwiedza się w białym kombinezonie, by podejrzeć sekretne audiopyłkowe życie. Będziesz słyszeć prychania, gulgotania i chichoty. I to wszystko. O reszcie możesz tylko pomarzyć...

- „Co tam się działo, córeczko?” – pytam.

- „No jak to, audiopyłki skakały, śmieszne to było. Uciekały przed nami” – odpowiada córka i już po chwili pogrąża się we własnych sprawach.

Cieszę się, że ma swoje przeżycia. Przecież nie wszystko musi być dla mnie dostępne. Jestem bardzo zadowolona, że było jej dane uczestniczyć w intymnej ekskluzywnej teatralnej przygodzie. Festiwalu, dziękuję!

PS do reżysera: „Audiopyłki” to dla mnie przypowiastka o zaufaniu. Zaufaniu, którym musiałam Was obdarzyć nie wiedząc, co szepczecie do ucha mojemu dziecku. Nie wiedząc, jakie obrazy mu pokazujecie i czy na pewno jest bezpieczne pod Waszą opieką. Wasz teatralny eksperyment zmusił mnie do refleksji na ten temat. Czy z mojego zamyślenia płyną jakieś wnioski? Jeszcze nie wiem. Kiedyś chętnie na ten temat porozmawiam.

Magdalena Foks

„Audiopyłki”
Centrum Sztuki Dziecka – Poznań
www.csdpoznan.pl
autor koncepcji: Robert Jarosz
reżyseria: Robert Jarosz
scenografia: Jan Polivka
oprawa muzyczna: Patryk Lichota
animatorzy: Monika Dąbrowska, Robert Jarosz

 


10.10.2013

Idźcie na "Słówko"

"Chodź na słówko"! Owszem, chce się pójść… jeszcze raz. Malina Prześluga prowokuje mądrą zabawę językiem polskim, rozważania na temat zapożyczeń, mowy potocznej i... "brzydkich słów". A wszystko przez małą dziewczynkę… która nie umie jeszcze poprawnie mówić. Dwa wypowiedziane przez nią słowa czują, że nie są tym, kim powinny, i rozpaczliwie, z pełną determinacją poszukują swojej tożsamości. Bo czy "Kula" to po prostu kula czy wspaniała, źle wypowiedziana "kura". A toperz powinien przeinaczyć się w nietoperza czy mógłby zostać atrakcyjnym taktoperzem. Dialogi dwojga uroczych słów-bohaterów, aż kipią od powiedzonek, przenośni i neologizmów, w których sami się gubią. Na pomoc przychodzą im znawcy mowy: Język Polski, Brzydkie Słowo i Logopeda. Urokliwa i pełna potyczek słownych walka o bycie sobą pokazuje, jak trudny i piękny ten nasz polski język.

Z pasją zagrane, z wyobraźnią zrealizowane – Anna Mierzwa, Michał Kocurek, Radosław Elis – aktorzy Teatru Nowego w Poznaniu pod wodzą reżysera Jerzego Moszkowicza stworzyli prosty spektakl o trudnej sprawie, jaką jest poznanie i rozumienie własnego języka. Bo jeśli chcemy, by mały człowiek, mimo ograniczeń, jakie narzuca mu wiek, rozumiał, co do niego mówimy i wiedział, jak do nas mówić, musimy oswajać je z pięknym, wyszukanym językiem. Dziecko musi od początku obcować z trudnymi słowami. Z tym nie należy czekać, dlatego proszę jak najszybciej prowadzić swoje dziecię na "Słówko" do Poznania.

Spektakl powstał w Centrum Sztuki Dziecka w ramach projektu "Upowszechnianie nowej dramaturgii i muzyki dla dzieci i młodzieży" wspieranego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a dzisiaj stanął do konkursu na najlepszy spektakl 17. Międzynarodowego Festiwalu dla Dzieci i Młodzieży. Trzymam kciuki za "Słówko"!


Zuzanna Talar

"Chodź na słówko"
Centrum Sztuki Dziecka – Poznań
autorka: Malina Prześluga
reżyseria: Jerzy Moszkowicz
scenografia: Jacek Zagajewski
oprawa: muzyczna: Mariusz Matuszewski
ruch sceniczny: Juliusz Stańda
obsada: Anna Mierzwa, Radosław Elis, Michał Kocurek

 


10.10.2013

Barok z giętej blaszki

"Mozaika" to kolejne przedstawienie, które pozwoliło nam zwiedzić zakamarki sceny Teatru Powszechnego. Kable, wtyczki, reflektory. We wnęce biurko inspicjenta. Drzwi, przez które wchodzą na scenę ci wszyscy wspaniali aktorzy... Ale ja nie o tym!

Teatr Atofri z Poznania to weteran festiwali Korczakowskich. W zeszłym roku pokazywał przedstawienie "Grajkółko", dwa lata temu "Pana Satie", a w 2010 roku "Jabłonkę". Beata Bąblińska i Monika Kabacińska specjalizują się w teatrze przeznaczonym dla widzów najmłodszych. Ich przedstawienia charakteryzuje jasne wydzielenie przestrzeni gry od miejsca przeznaczonego dla widzów, eksperymenty z różnymi materiałami (papier, plastik...), muzyczność oraz wprowadzanie dłuższych sekwencji tańca.

"Mozaika" również mieści się w tej konwencji. Siedzimy na materacach i obserwujemy artystki układające różne przestrzenne kombinacje z ażurowych srebrzystych elementów. Jest wśród nich zarys sześcianu z giętkiej blaszki, schematyczny kotek, dwa kontury okien i stelaż starodawnej sukni – wszystkie z tego samego materiału. Z głośnika pobrzmiewa muzyka barokowa. Przestrzenne układy współgrają z tanecznymi pas.

Z widzianych do tej pory przeze mnie przedstawień Atofri to jest najchłodniejsze, buduje największy dystans między aktorkami a publiką. A czy nie chodzi właśnie o to, aby mały widz poczuł się dotknięty, czasem wręcz fizycznie, przez to, co widzi i odczuwa, aby sztuka nie pozostawiła go obojętnym?

Magdalena Foks

"Mozaika"
Teatr Atofri / Poznańska Fundacja Artystyczna – Poznań
reżyseria: Beata Bąblińska, Monika Kabacińska
scenografia i kostiumy: Elżbieta Cios
choreografia: Leszek Rembowski
współpraca artystyczna: Bogdan Żyłkowski
opracowanie muzyczne: Beata Bąblińska, Monika Kabacińska
obsada: Beata Bąblińska, Monika Kabacińska

 


9.10.2013

Pod wpływem dotyku

Compagnia TPO, włoski gość festiwalu specjalizuje się w multimedialnych widowiskach dla dzieci. Wykorzystując możliwości animacji komputerowej oraz interaktywnej podłogi do tańca, kreuje kolorowe, mobilne obrazy. Bohaterami przedstawienia są dwie tancerki uruchamiające projekcje oraz znajdujący się poza zasięgiem wzroku widzów inżynierowie skomplikowanej informatycznej aparatury.

Wprowadzeniem do przedstawienia jest tekst czytany przez lektorkę. To baśniowa opowiastka o bliskowschodnim malarzu, który zafascynował się plastyką, oglądając stubarwne dywany. Widzów zaprasza do swojego wyobrażonego ogrodu. Wstęp jest miłym akcentem, ale w skali całego spektaklu nie ma żadnego znaczenia. "Malowany ogród" jest przede wszystkim estetyczną przygodą, czarującą interaktywną zabawą. Całkowicie afabularną.

Niełatwo jest opowiadać o obrazach. Barwach, kształtach, przenikających się formach. A to one w połączeniu z tańcem wypełniają 50 minut spotkania z TPO. Jest też delikatna biała płachta, która na chwilę zjeżdża z otchłani nad sceną, kilka drewnianych malowanych sześcianów, z których jeden w finałowej scenie okazuje się być prawdziwą podświetlaną fontanną. Na tym kończą się dodatkowe atrakcje. A poza tym animacje, animacje, animacje. Błękit, zieleń i czerwień. Liście, ryby i ogniste kwiaty.

Co zatem sprawia, że dzieciaki wytrzymują (a dzieje się tak naprawdę) prawie GODZINĘ? Piękne tancerki co kilka minut zapraszają na scenę małych widzów i włączają ich do plastycznego "dziania się". Dzieciaki ścigają przesuwające się po ziemi herbatniki, próbują nadepnąć na uciekające koła, które pod wpływem nacisku zmieniają kolor, chwytają jaskrawe morskie stwory. To świetna zabawa, a tajemnica funkcjonowania umieszczonego na podłodze ekranu ciekawi i fascynuje.

Rok temu Compagnia TPO również odwiedziła festiwal Korczakowski. Pokazała przedstawienie "Farfalle". Przestrzeń zorganizowano nieco inaczej, ale zasada działania artystów była taka sama. Dwie milczące aktorki, nastrojowa muzyka i interaktywny ekran, w którego obsłudze brali udział mali widzowie. Na początku dzisiejszego przedstawienia poczułam lekki zawód. Już to widziałam. To przecież to samo, tylko obrazki inne. Czemu nie poszukają czegoś więcej, nie wprowadzą jakiejś zmiany, nie spróbują zrobić czegoś nowego za pomocą tego wspaniałego sprzętu?

I byłyby to wszystko zarzuty aktualne, gdyby "Malowanego Ogrodu" nie oglądało się tak wspaniale...

Magdalena Foks

"Malowany ogród"
T.P.O. (Włochy)
scenariusz, reżyseria: Francesco Gandi, Davide Venturini
scenografia: Elsa Mersi
muzyka: Spartaco Cortesi
choreografia: Anna Balducci, Luisa Cortesi
grafika komputerowa: Elsa Mersi
zaplecze informatyczne: Rossano Monti, Martin Von Günten
kostiumy: Loretta Mugnai
rekwizyty: Livia Cortesi
lektor: Caterina Poggesi
wsparcie dramaturgiczne: Stefania Zampiga
menadżerowie: Francesca Nunziati, Chaira Saponari, Valentina Martini
konsole obrazu i dźwięku: Saulo D'Isita, Massimiliano Fierli
obsada (tancerze): Carolina Amoretti, Sara Campinoti

 


9.10.2013

Namalujmy razem ogród…

Zaskoczenie goni zaskoczenie, a wszystko dzieje się w prostokątnej przestrzeni. Pojawiają się kolejne kolory. „Malowany ogród” to nowatorskie połączenie interaktywnej zabawy, tańca i teatru.

Nowinki techniczne nie są obce dzieciakom, dlatego ten show był naprawdę na czasie. Spektakl działał na podobnej zasadzie jak najnowsza gra komputerowa, która wymaga ruchu i różnorakich przepraw przez bajkowe światy. Dzieciaki były zachwycone każdym nowym elementem współgrającym z aktorkami. W czasie pokazu mali widzowie sami mogli doświadczyć zmiany kolorów i kształtów wywoływanych przez ich chód. Jak okazało się na koniec, najciekawsza była magiczna fontanna, która stanowiła zwieńczenie rozwiniętego ogrodu. Lecz zanim do tego doszło, teatr Compagnia TPO z Włoch wciągał dzieci do wspólnej zabawy i momentami trudno im było usiedzieć na miejscu. Kusiły obrazy i dźwięki, a wszystko pięknie rozkwitało w czterech kolorach.

Doświadczenie, sumienność, z jaką realizowano próby, i setki godzin spędzonych na różnych scenach świata zaowocowały tym razem w „Magicznym ogrodzie” na scenie Powszechnego.

Justyna Gołęcka

“Malowany ogród” 
T.P.O. (Włochy) 
scenariusz, reżyseria: Francesco Gandi, Davide Venturini 
scenografia: Elsa Mersi 
muzyka: Spartaco Cortesi 
choreografia: Anna Balducci, Luisa Cortesi
grafika komputerowa: Elsa Mersi 
zaplecze informatyczne: Rossano Monti, Martin Von Günten 
kostiumy: Loretta Mugnai
rekwizyty: Livia Cortesi 
lektor: Caterina Poggesi
wsparcie dramaturgiczne: Stefania Zampiga 
menadżerowie: Francesca Nunziati, Chaira Saponari, Valentina Martini 
konsole obrazu i dźwięku: Saulo D'Isita, Massimiliano Fierli 
obsada (tancerze): Carolina Amoretti, Sara Campinoti

 


9.10.2013

Jam jest Odys z rodu Laertesa...

O „Odysei” z trudem mi się pisze. Mam do niej zbyt osobisty stosunek. Od kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy dobrych kilka lat temu, a potem zauroczona wracałam do Teatru Lalka, by zobaczyć ją po raz kolejny i znów, i znów..., uważam ją za jedno z najlepszych przedstawień, jakie miałam okazję zobaczyć w całym moim profesjonalnym życiu widza teatralnego.

Wczoraj z drżeniem kolan pokonywałam wysokie schody prowadzące do ciężkich drzwi Lalki w PKiN. Co będzie, jeśli spotka mnie rozczarowanie? Piękne wspomnienia zatrze współczesny niedoskonały obraz? A jeśli aktorzy nie pokochali „Odysei” tak mocno jak ja i nie wkładają w nią wystarczająco dużo energii, jeśli zabraknie ich zaangażowania?

Tym, którzy – o zgrozo! – „Odysei” jeszcze nie widzieli, jestem winna kilka słów opisu konwencji. Scenografia i kostiumy autorstwa Ivana Hudáka są monochromatyczne. Światło pięknie wydobywa łagodny beż z czerni kurtyn i zastawek. Aktorzy, w rolach olimpijskich bogów, przypominają antyczne rzeźby; jasne szaty uzupełniają plastyczne gąbczaste peruki. Fantastyczny świat homeryckiej wizji aktorzy wyczarowują na oczach widzów z wielkiej płachty beżowego materiału. Niby nic bardziej banalnego, a jednak... bogactwo form zachwyca. Morska toń, głębiny Hadesu, wyspy i cieśniny, wspaniałe rumaki Heliosa. A to wszystko z kawałka tkaniny!

Wykrzyknik ostatniego akapitu zdradził już, że szczęśliwie spektakl ocalał w moich oczach. Wczorajsza próba potwierdziła niezwykłość tego przepięknego zjawiska teatralnego. Od premiery w 1999 roku „Odyseja” nie zestarzała się ani nie straciła na atrakcyjności. Myślę, że śmiało można ją zapisać do katalogu przedstawień ponadczasowych. Jest to wielka zasługa i osiągnięcie reżysera, Ondreja Spišaka.

Spišak, będąc jednocześnie autorem adaptacji eposu w tłumaczeniu Lucjana Siemieńskiego, wykonał wspaniałą pracę, tworząc dzieło spójne, czytelne i mądre. Każda z przygód króla Itaki jest wprowadzana w sposób łagodny, kilkoma słowami, po których następuje sekwencja wydarzeń opowiedziana homeryckimi wersami. Sceny wynikają jedna z drugiej, nie ma dziur, niepotrzebnych zatrzymań akcji, lecz nie brakuje też oddechu i przestrzeni dla widza. Majstersztyk!

Szczęśliwie reżyser znalazł doskonałych partnerów w aktorach, z których wszyscy bez wyjątku stworzyli udane, dowcipne role. Bogowie zostali sportretowani z przymrużeniem oka, kilkoma kreskami wykonawcy rysują ich wyraziste charaktery. Zabawne wprowadzenie każdej postaci olimpijskiego dramatu daje każdemu z aktorów szansę odegrania krótkiej solowej etiudy. Zeus, Posejdon, Atena na początku spoufalają się z widzami, by kilka scen później pokazać swoje mroczne oblicza.

Gra toczy się o przetrwanie głównego bohatera i jego towarzyszy. To nie przelewki, wojowie Odysa tracą życie podczas kolejnych przygód. Dla bogów ich sprawy są igraszką. Przedstawiona w żywym planie drużyna Olimpu ma miażdżącą przewagę nad lalkową załogą Odysa. Dzielny wojownik, najsprytniejszy ze wszystkich heros na scenie Teatru Lalka jest bowiem niewielką laleczką ubraną w szmaciany płaszczyk. Sceniczne odmęty przemierza drewnianym okrętem ze sklepu z zabawkami.

Bogowie bez trudu ciskają małymi figurkami, przestawiają je, porywają i połykają. Zastosowanie w tym przypadku połączenia planów żywego i lalkowego pozwala na tworzenie metafor wolnej i zniewolonej woli, potęgi miłości i nadziei. Odbiór wspomaga melodyjna muzyka z powtarzającą się piosenką „Jam jest Odys”, która nadal brzmi mi w uszach. Niesiony siłą ducha i tęsknotą za żoną mały ludzik zmierza do zwycięstwa – szczęśliwego zakończenia i zaskakującej pointy, której nie zdradzę. Mając nadzieję, że udało mi się zachęcić Was do wizyty na „Odysei”.

Magdalena Foks

"Odyseja"
Teatr Lalka – Warszawa
na podstawie eposu Homera
adaptacja i reżyseria: Ondrej Spišák
scenografia: Ivan Hudák
muzyka: Krzysztof Dzierma
obsada: Monika Babula, Beata Duda-Perzyna, Aneta Harasimczuk, Aneta Jucejko-Pałęcka, Agnieszka Mazurek, Mirosława Płońska-Bartsch, Anna Porusiło-Dużyńska, Michał Burbo, Grzegorz Feluś, Roman Holc, Tomasz Mazurek, Wojciech Pałęcki, Andrzej Perzyna, Wojciech Słupiński, Piotr Tworek 

 


8.10.2013

Rzeźbienie wyobraźni

„Le Filo Fable” Teatru Lalki i Aktora z Wałbrzycha to świetny pretekst, by uświadomić młodej publiczności, jaką siłą jest... wyobraźnia. Na scenie z „niczego” powstaje „coś”, a przypadkowe wydarzenie determinuje sceniczną rzeczywistość i zupełnie zmienia kierunek myślenia. Jak w życiu, gdzie nic nie jest oczywiste, stałe i dane raz na zawsze.

Artyści bawią się umowną formą, spod ich rąk wychodzą prawdziwe dziwadła, bo inaczej nie można nazwać ptaszyska z foliowego wora czy gąsienicy z dziesiątków par małych trampek. Jedna historia dzieje się, by niespodziewanie ustąpić miejsca innej, niecierpiącej zwłoki opowieści, a zaraz powrócić i toczyć się spokojnie dalej. Piękne i mądre bajki filozoficzne, zebrane z różnych zakątków świata i wsypane do jednego worka, przeplatają się i wchodzą sobie w słowo. Złożona, wielowymiarowa rzeczywistość, jak złożoną i wielowymiarową jest rzeczywistość małego człowieka. Każda rzecz ma swój czas i swoje miejsce, nawet jeśli nam dorosłym na myśl przychodzi tylko jedno słowo: chaos. Zamiast sceny – pracownia rzeźbiarska, gdzie artystycznym uniesieniom oddają się: nauczycielka sztuki rzeźby, usiłująca przeprowadzić lekcję, mało zdolny uczeń i model przymuszony do pozowania – pan Zdzisio – elektryk. Jest też na podobieństwo elektryka, wyrzeźbiony ręką niezdolnego ucznia, nieszczęśliwy hipopotam. Zderzenie różnych światów, różnych kultur i poczucia humoru.

Zuzanna Talar

„Le Filo Fable” 
Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu – Wałbrzych na motywach bajek filozoficznych z różnych stron świata 
scenariusz i reżyseria: Joanna Gerigk 
scenografia: Jan Polívka 
konsultacje muzyczne: Jarosław Szczęsny 
obsada: Anna Jezierska, Jakub Grzybek, Paweł Pawlik 

 


8.10.2013

W tym roku chodzimy po ścianach

Artyści z wrocławskiego LALE.Teatr, laureaci zeszłorocznego „Kota w worku”, nagrody przyznawanej przez jury „Korczaka” (polegającej na zaproszeniu zespół na przyszłoroczny festiwal ze sztuką, jaką dopiero przygotuje), w poniedziałek zaprezentowali się na Małej Scenie Teatru Powszechnego. W roku 2012 na tej samej scenie pokazali nagrodzone „Podłogowo”, tegoroczne przedstawienie to „Ściana.Banana”.

Oba spektakle bazują na podobnym pomyśle: po wariacjach na temat horyzontalnej płaszczyzny deptanej przez nasze stopy przyszedł czas na pion. Oto przed oczami widzów prezentuje się wielka czarna tablica o nieregularnych kształtach. Przez większość czasu służy jako tło, w środku spektaklu powstają na niej mimowolnie malowane, powstałe „na kolanie” rysunki (malowane nie tylko kredą, ale i gąbką). Inną ciekawą sekwencją spektaklu są narysowane na małej tabliczce płatki śniegu, ożywiane imitującymi powiew wiatru dmuchnięciami do mikrofonu. Namiastką późniejszej zabawy, do której zaproszono maluchy, był fakt, że i one mogły stać się na chwilę wiatrem.

Wśród kilkunastu sekwencji spektaklu były i takie, które wydały mi się mniej klarowne, mniej czyste. Artyści, fakt, puszczają oko do publiczności, wstawiając na scenę kiczowatą plastikową figurkę dinozaura, która wydaje dźwięk „paszczą”, a którą przecież też można się bawić, jednak ten i inne pomysły, niektóre na granicy swobodnej zabawy z dziećmi i gagów pod publiczkę, uważam za mniej trafione, choć doceniam skromność i bezpretensjonalność takiej estetyki.

Jak zazwyczaj w przypadku teatru dla najmłodszych, największą sympatię widowni aktorzy zaskarbili sobie, fundując zabawę na koniec przedstawienia: spadające, pięknie wyeksponowane w świetle reflektorów piłki pingpongowe czy efekt pisania przez dzieci po tablicy kolorowymi kredami były dziełami samymi w sobie, szkoda jednak, że realizowane w podobnym duchu, proste a plastyczne pomysły nie stały się częścią samego przedstawienia.

Mimo wszystko jeśli za rok powstanie „Sufitowo”, chętnie i na nie pochodzę.

Urszula Bisek

„Ściana.Banana” 
LALE.Teatr – Wrocław 
scenariusz, reżyseria, scenografia, oprawa muzyczna: Janka Jankiewicz-Maśląkowska, Tomasz Maśląkowski 
choreografia: Maćko Prusak 
konsultacja scenograficzna, oprawa graficzna: Mateusz Mirowski 
obsada: Janka Jankiewicz-Maśląkowska, Tomasz Maśląkowski 

 


8.10.2013

Raz, dwa, trzy, grasz i TY

"Gra" w rytmie, kolorze, kształcie, w powtarzalności i dźwięku... Toczy się na scenie zabawa, zawieszona gdzieś w przestrzeni – może zaistnieć wszędzie, bez początku i końca – może zrodzić się każdym momencie, bez nazywania bohaterów – może dotyczyć każdego. To kwintesencja zabawy dziecka, które w niczym nieskrępowany sposób wchodzi w relacje z drugim, poznaje je, poznaje siebie w relacji z nim, zacieśnia więzy, by się oddalić, zaskakuje i dziwi się, jest w tym na tyle, ile chce, ile tego potrzebuje.

Artyści Studia Teatralnego Blum z Poznania nie bez przyczyny zachwyceni twórczością wybitnej poetki i dramaturg, piszącej dla młodego widza Krystyny Miłobędzkiej, stworzyli przedstawienie dla dzieci o dzieciach. Prosty spektakl o trudnej sprawie: rozwoju małego człowieka.

Reżyserujące spektakl Lucyna Winkel i Katarzyna Pawłowska uchwyciły dziecięcą wrażliwość, wyobraźnię, sposób na zabawę i porozumiewanie się w niej. "Na początku było słowo", ale nie u Miłobędzkiej. W jej twórczości słowo było drugie. Przecież pierwsze są dźwięki, wyrazy dźwiękonaśladowcze, a dopiero z nich w końcu zradza się słowo. Język w sztukach Miłobędzkiej ewoluuje, zmienia się, rozwija, postępuje, jak uczące się mówić dziecko. Zofia Michalik, Hubert Kożuchowski i Jakub Kociński tak dobrze bawią się ze sobą na scenie, że człowiek zastanawia się, czy zechcą wyjść do ukłonów. Jak to dzieci właśnie…

Zuzanna Talar

"Gra"
Studio Teatralne Blum – Poznań
scenariusz: Lucyna Winkel
reżyseria: Lucyna Winkel i Katarzyna Pawłowska
scenografia: Dodoplan
oprawa muzyczna: Lucyna Winkel
obsada: Zofia Michalik, Hubert Kożuchowski, Jakub Kociński

 


8.10.2013

Na zielonej łące – raz, dwa trzy…

Szkoda, że nie miałam wczoraj ze sobą Eli, mojej młodszej córeczki. Do dwóch zliczyć już potrafi, kółko rozpozna, kolorów jeszcze nie, ale bardzo się nimi interesuje.

W „Grze” Studia Teatralnego Blum z Poznania urzekła mnie prostota. Prostotę na sztandarach niosą wszyscy bez wyjątku twórcy teatru dla „najnajmłodszych”, co nie zawsze przekłada się na praktykę. Piszę z doświadczenia. Większość „najnajowych” przedstawień oglądałam w towarzystwie własnych dzieci, równym zainteresowaniem darząc teatr i reakcje małego człowieka. Prostota objawia się nie tylko w scenograficznym minimalizmie, przemyślanej sferze dźwiękowej i słownej spektaklu. Dotyczy także jego konstrukcji. Nie może być za długo. Powtórzenia są ważne, ale w obrębie wyważonych następujących po sobie sekwencji. Oczywiście odnoszę się do przedstawień pozbawionych tradycyjnej narracji. Takich, których zadaniem jest łagodne wprowadzanie maluchów w świat teatru przez atrakcyjne doznania zmysłowe – świat dźwięków, barw, zapachów i najprostsze pojęcia – pierwsze cyfry, określenia przestrzeni.

Autorzy „Gry” posługują się kolorowymi puzzlami. Każdy element o identycznym kształcie przypomina ludzką postać, ułożone jeden za drugim tworzą wielobarwne koło. I to właściwie tyle. Reszta to działania wypełniające tę ascetyczną scenografię. Liczenie do trzech, komponowanie kolorystycznych układów, subtelnie zarysowane relacje między trojgiem aktorów – zainteresowanie, odrzucenie, przygarnięcie. Wędrówka po puzzlowym okręgu ze wskazywaniem kierunku marszu.

A na koniec śliczny pomysł, okraszony piosenką składającą się z kilku słów. „Łąka” – trawiasta, ciepła i pełna motyli? „Roz-łąka”. „Łąka” – łączenie, układanie, dopasowywanie!

PS. Brawa za zabawę odbywającą się po przedstawieniu. Większość „najnajowych” spektakli jest wzbogacona o ten element. Dawno jednak nie widziałam warsztatu, który by tak konsekwentnie wynikał z przebiegu przedstawienia. Rezultat? Wspaniałe, czynne uczestnictwo małych widzów.


Magdalena Foks

„Gra”  
Studio Teatralne Blum – Poznań scenariusz: Lucyna Winkel 
reżyseria: Lucyna Winkel i Katarzyna Pawłowska 
scenografia: Dodoplan 
oprawa muzyczna: Lucyna Winkel 
obsada: Zofia Michalik, Hubert Kożuchowski, Jakub Kociński

 


8.10.2013

Mały krok do wielkiej zabawy

„Puk, puk, klap, klap” – słychać jeszcze przed rozpoczęciem „Gry” we foyer. „Puk, puk, klap, klap” słychać na samym początku przedstawienia. Maluchy wpatrują się w trójkę aktorów, która wydaje różne dźwięki, z nich powstają poszczególne słowa, a później również muzyka. Ta gra tonem i rytmem od pierwszych chwil zostaje ciepło przyjęta przez widownię. Feeria barw i dźwięków przykuwa uwagę dwu- i pięciolatków. Mimo że nie należę do tego przedziału wiekowego, sama z ciekawością oglądam kolejne części spektaklu i dzieciaki kołyszące się w rytm nowych dźwięków.

Spektakl Studia Teatralnego Blum inspirowany jest twórczością poznańskiej poetki i autorki spektakli dla najmłodszych – Krystyny Miłobędzkiej. Występujący w nim: Zofia Michalik, Hubert Kożuchowski i Jakub Kociński niewątpliwie wkładają serce w to, co robią. To zaangażowanie widać również w trakcie zaproponowanej tuż po „Grze” wspólnej zabawy.

Zaproponowana oprawa plastyczna jest doskonale dostosowana do wieku najmłodszych dzieci. Wielkim atutem są żywe kolory i elementy scenografii, które doskonale można złożyć na różne sposoby – jak puzzle. Ostatecznie powstaje z nich jedno drzewo obsypane przez dzieci pięknymi papierowymi liśćmi z wypisanymi imionami dzieci, wręczanymi przed wejściem. Dzięki temu każdy może współtworzyć z artystami.

Zaskakujące, że to, co najlepsze, jest proste, leży tuż pod naszymi stopami. Tego uczy teatr, i to już najmłodszych: jak myśleć kreatywnie, rozwijać wyobraźnię i w prosty sposób zbudować przepiękny świat.

Pomysł i wyobraźnia – te dwa słowa celnie charakteryzują „Grę” w wykonaniu Studia Teatralnego Blum z Poznania.


Justyna Gołęcka

„Gra” 
Studio Teatralne Blum – Poznań 
scenariusz: Lucyna Winkel 
reżyseria: Lucyna Winkel i Katarzyna Pawłowska 
scenografia: Dodoplan 
oprawa muzyczna: Lucyna Winkel 
obsada: Zofia Michalik, Hubert Kożuchowski, Jakub Kociński

 


6.10.2013

Emil!!!

Prosta scenografia z deskami w roli głównej przerzuca widzów przez Bałtyk, wprost do małej szwedzkiej wioski. Muzyka sama zachęca do urwisowania. Państwo się poznają – Emil – Widzowie Festiwalu Korczak. “Emila z Lönnebergi” raczej przedstawiać nie trzeba. Kto jeszcze nie zna uroczego łobuziaka, któremu głowa kipi... od pomysłów na łobuzowanie. I choć obawiałabym się zaprosić go do domu, po poranku spędzonym w Teatrze Baj wiem, że już czas mojemu ośmiolatkowi podłożyć książkę Astrid Lindgren “Emil ze Smalandii”.

Teatr Baj zaryzykował kontakt pierwszego stopnia z Emilem i chyba nie będzie żałować. Bo choć chłopiec nawet nie próbuje powstrzymać się od głupich żartów i odważnych psikusów, robi to ku wielkiej radości małolatów. My dorośli, choć przyprowadzani na spektakl przez swoje dzieci jako opiekunowie, sponsorzy słodkości z teatralnego bufetu, chyłkiem uciekamy z Emilem w beztroskie dzieciństwo, kiedy to psociło się z fantazją i rozmachem, albo przynajmniej z wypiekami na twarzy oddawało lekturze kochanej Astrid.

Emil w wyobraźni reżysera Konrada Dworakowskiego to lalka: mała, jak mały może czuć się chłopiec wśród tłumu nierozumiejących dziecka dorosłych, rozkrzyczanych i pełnych pretensji. Dorosłych, których jedynym oczekiwaniem jest, by Emil był grzeczny. Grzeczny czyli nijaki, ze schowanym głęboko w kieszeni bogactwem dziecięcego świata, stłamszoną ekspresją, zdeptaną wyobraźnią, porzuconymi marzeniami. I mama jedyna, jak to mama, próbuje zrozumieć dziecięcą wrażliwość. Chce, by syn w tym skomplikowanym świecie wymagań i zakazów odnajdywał się, pozostając sobą.

Artyści Teatru Baj przez półtorej godziny (jak dobrze, że zarządzono przerwę) uprawiają sceniczną gimnastykę, zarówno umysłu, jak i ciała, by dotrzymać kroku małemu tupeciarzowi, który za nic ma obyczaje, szacunek dla starszych, poprawność polityczną czy dobre wychowanie. Ale zamiast ganić, strofować, przywoływać do porządku... można by mu po prostu pozazdrościć, bo chyba każdy z nas chciałby choć na krótką chwilę porzucić swoje morały i oddać się beztrosce “cosięchcerobienia” i wcielania w życie najgenialniejszych ze swych szalonych, dziecięcych pomysłów…

Zuzanna Talar

„Emil z Lönnebergi”
Teatr „Baj” – Warszawa
na podstawie powieści Astrid Lindgren
adaptacja: Johan Gille
przekład: Anna Witkowska
reżyseria: Konrad Dworakowski
scenografia: Martyna Dworakowska
muzyka: SzaZa – Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki
ruch sceniczny: Jacek Owczarek
animacje komputerowe: Michał Zielony
reżyseria świateł: Bary
obsada: Marek Zimakiewicz, Magdalena Dąbrowska, Aneta Płuszka, Piotr Michalski, Andrzej Bocian, Natalia Kiser

 

6.10.2013

W stronę światła?

Na „Światełko” Maliny Prześlugi w reżyserii Mariána Pecki i w wykonaniu artystów Opolskiego Teatru Lalki i Aktora czekałam z niecierpliwością. Kilka miesięcy temu miałam przyjemność obejrzeć zrealizowane na podstawie tego samego tekstu przedstawienie „Pręcik” teatru Baj Pomorski z Torunia wyreżyserowane przez Zbigniewa Lisowskiego. Zapamiętałam z niego ściskające w gardle uczucie, którego doznawałam podczas scen rozgrywających się w szpitalu. I niezwykły pomysł pokazania w oknie sceny szpitalnej izolatki w widoku z góry – z pionowo ustawionym łóżkiem i zawieszoną stojącą szafką.

„Światełko” jest kolejnym po prezentowanym wczoraj „Mglistym Billym” Teatru Figur z Krakowa spektaklem o śmierci przeznaczonym dla dziecięcej widowni. Ten temat zrobił się ostatnio ogromnie popularny! Teatr pragnie traktować młodego widza poważnie, robi to więc, sięgając po największy możliwy kaliber problemu. Po ogólnopolskiej sztafecie sztuki „Podgrzybek” (też autorstwa Maliny Prześlugi) wystarczy wspomnieć choćby ostatnią premierę warszawskiego Teatru 21 – „Śmiertelnie trudna gra”. Trzy lata temu doskonale zrealizowaną i wielce poruszającą opowieść o śmierci przywieźli ze sobą na festiwal korczakowski Niemcy z grupy Les Voisins w przedstawieniu „Żegnaj, Benjaminie!”. Wspominam o niej, bo zrobiła wtedy na mnie spore wrażenie.„Światełko” w sensie fabularnym jest historią ciężko chorej, a na końcu umierającej dziewczynki opowiedzianą z perspektywy jej osobistych przedmiotów: kapci, budzika, poduszki i pluszowego misia. Konwencja – personifikacja przedmiotów – pozwala na wpuszczenie powietrza do ciężkiej tematyki. Przekomarzanie się małżeństwa kraciastych trepków, rozbudowana scena porannej pobudki i sceny zazdrości jaśka o miśka są bardzo dowcipne. Żartobliwy dialog stopniowo odsłania problem: zniknięcie dziewczynki. Przedmioty podejmują decyzję o ryzykownej podróży w podręcznej torbie do szpitala, ruszając na odsiecz zagrożonej przyjaciółce. Niestety bezskutecznie. W interpretacji Pecki (inaczej niż u Lisowskiego) dziewczynka w ogóle na scenie się nie pojawia. Jej nieobecność dotkliwie zaboli co wrażliwszego widza, a na pewno każdego rodzica. Bo śmierć dziecka, nawet w obrębie teatralnej fikcji, zawsze jest dotkliwa.

Zabawnym bohaterom można wyszukać szlachetnych teatralnych przodków. Jedna z recenzentek odnalazła w przedstawieniu nuty komedii dell'arte, ja miałam skojarzenia z Beckettem. Balansowanie na granicy komedii i tragedii, kostiumy mitenkowo-surdutowo-melonikowe, elementy groteski – tak, coś jest na rzeczy... W pamięć zapada pięknie plastycznie poprowadzona scena wyprawy do szpitala. Pod duży biały balon napełniony helem podwieszono miniaturkę podróżnej torby. Taka konstrukcja wędruje niespiesznie nad widownią. Obrazek jak ze snu.

W przypływie paniki przerażone zniewoleniem w ciemnej torbie przedmioty żegnają się z przyjaciółmi i życiem. Kiedy okazuje się, że nic im nie grozi, z ulgą konstatują, że „istnieje życie po torbie”. Niby zabawna kwestia, słowna gierka, a jednak prowokuje do refleksji. Bo właśnie tu zaczyna się dylemat. Jakim celom ma służyć opowiadanie dzieciom o śmierci? Oswajaniu tematu i to dobrze. Każdego z nas prędzej czy później czeka koniec i świadomość nieuchronności tego zjawiska jest niezwykle ważna. Ale co dalej? Dla dobra jakości teatralnej produkcji lepiej nie dopowiadać zbyt wiele. Teatr nie lubi dosłowności i nachalnych wytłumaczeń. Zresztą jak można dopowiedzieć i nachalnie wytłumaczyć śmierć... nikt z nas nie ma takich kompetencji. A jednak brakuje jednego kroku dalej. Jest coś po czy nie? Nie wystarczają mi komunały o życiu w pamięci bliskich. Śliski temat. Jednia wierzą tak, inni inaczej, są tacy, którzy nie wierzą. Ale każdy z nas wychowuje swoje dzieci i opowiada im o świecie na własną modłę. Hmm, może lepiej niech już zostanie jak jest. A ja pozostanę z uczuciem niedosytu.

Magdalena Foks

„Światełko”
Opolski Teatr Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki – Opole
autorka: Malina Prześluga
reżyseria: Marián Pecko
scenografia: Eva Farkašová
oprawa muzyczna: Robert Mankovecký
obsada: Dorota Nowak, Agnieszka Zyskowska-Biskup, Elżbieta Żłobicka, Jan Chraboł, Tomasz Szczygielski, Andrzej Szymański

 

06.10.2013

Nadzieja nie umiera

Opolski „Teatr Lalki i Aktora” zaprezentował dzisiaj „Światełko”, spektakl oparty na pięknej historii, która zaczyna się w pokoiku małej Dziewczynki, a potem przechodzi w opowieść o podróży w nadziei na odnalezienie „smutnego łóżka” i bardzo ważnymi pytaniami. Czym jest śmierć? Jak się umiera? Dokąd się później odchodzi? I czy naprawdę istnieje skarpetkowe niebo?

Wśród zabawek i przedmiotów wypełniających dziecięcy pokój wstaje nowy dzień. Budzik dzwoni jak oszalały, para Kapci, wzdychając i marudząc, przeciąga się leniwie, a miękka Poduszka wcale nie ma ochoty wstawać. Kilka minut po siódmej – czas do szkoły, wszyscy w pełnej gotowości, na posterunku! Wszyscy oprócz Dziewczynki. Może jest chora, może zaraz wróci albo nagle urosła i wyszła za mąż? Bez Niej Przedmioty dostrzegają, jak niewiele znaczą, wrzucone w nową rzeczywistość, z którą muszą się zmierzyć sami. Odczuwają po ludzku wszystkie emocje, łącznie z niepokojem. Tęsknota natomiast nie pozwala im na bezczynność: postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i odnaleźć zaginioną dziewczynkę.

Wspólnie stawiają czoła wyzwaniom i biorą pełną odpowiedzialność za odnalezienie ich towarzyszki. Cel staje się najważniejszy. Na dalszy plan schodzą drobne kłótnie i niezgoda, bo w gruncie rzeczy kochają swoje zadania i siebie nawzajem. Poza celem samym w sobie równie ważna, a może nawet nieco ważniejsza, jest droga. Spektakl pokazuje, jak wielką wartością jest przyjaźń i więź, która trwa mimo wszelkich przeciwności. Wspólna sprawa jednoczy i jednocześnie pokazuje młodym widzom, co w życiu tak naprawdę ma wartość.

Celem staje się odnalezienie „smutnego łóżka”… czym ono jest i gdzie tak naprawdę można go szukać? Czy Ona tam jest? Odpowiedź na to pytanie zna Łysy Joe – stary zapomniany miś: uosobienie mądrości i wiedzy o tajemniczym zniknięciu. Za jego przewodnictwem wszyscy ruszają w niebezpieczną i ryzykowną podróż balonem.

Akcja przeplatana świetnymi dialogami to zasługa reżysera Mariána Pecko oraz autorki tekstu Maliny Prześlugi. Ukłony również w kierunku zespołu scenicznego, który stworzył harmonijną całość.

Przedstawienie utrzymane jest w konwencji pięknej i refleksyjnej opowieści dla dzieci i dorosłych. Głębokie przesłanie zmusza rodziców do odrobienia pracy domowej ze swoimi pociechami. Opolski teatr stara się pokazać, że trzeba rozmawiać z dziećmi o sprawach błahych i tych bardzo poważnych. Spektakl stanowi bardzo dobry wstęp do takiej rozmowy.

„Światełko” daje nadzieję, że dopóki istnieje miłość, przyjaźń i pamięć po nas, my nie zgaśniemy.

Justyna Gołęcka

„Światełko”
Opolski Teatr Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki – Opole
autorka: Malina Prześluga
reżyseria: Marián Pecko
scenografia: Eva Farkašová
oprawa muzyczna: Robert Mankovecký
obsada: Dorota Nowak, Agnieszka Zyskowska-Biskup, Elżbieta Żłobicka, Jan Chraboł, Tomasz Szczygielski, Andrzej Szymański

 

06.10.2013

Gdzie Kozy kują

O „Koziołku Matołku” Teatru Dramatycznego pisano już wiele. Wiele dobrych rzeczy, i żadna z nich nie była przesadą. To naprawdę bardzo dobry spektakl, niecodzienny i właśnie dlatego tak przyciągający publikę!

Maluchy od samego początku dostrzegły pewne nieścisłości. Jeszcze przed spektaklem wpatrywały się w plakat, na którym, nieco zawiedzione, nie widziały bajkowego Koziołka. Wszystkie wątpliwości rozwiały się tuż po rozpoczęciu przedstawienia. Od pierwszej do ostatniej chwili spektakl wciągnął całą widownię. Nie można było znaleźć słabych punktów scenicznej krzątaniny, bo wszystko było idealnie zgrane. Począwszy od scenografii z szarego papieru – tutaj wielkie brawa za prostotę przekazu dla Františka Liptaka, poprzez aktorów, na oryginalnej muzyce kończąc. Nie można przeoczyć całej gamy niekonwencjonalnych instrumentów: kieliszków z wodą, misek, miseczek, konewki z wodą i wielu innych. Spektakl mógłby spokojnie nosić tytuł uzupełniony o podtytuł „Koziołek Matołek. Zrób to sam w domu” – ku uciesze dzieci, rodziców może trochę mniej. Ale jedno jest pewne: przedstawienie niezwykle pobudza wyobraźnię, pokazuje, jak wiele rzeczy można dostrzec w kartce szarego papieru. Czasem jest to dom, czasem samochód, innym razem pole sałaty albo więzienne lochy. Na scenie nie ma przypadkowości i braku konsekwencji: wszystko tworzy historię o drodze Matołka do legendarnego Pacanowa.

Kolejne światy, które przemierza Koziołek (znakomity Paweł Domagała), są budowane tu i teraz. Przygody i niebezpieczeństwa, o które niejednokrotnie się ociera, pozwalają dotrzeć do upragnionego celu. Po drodze spotyka się ze współczesnym światem, kryzysem, kibolami. Dzieci się nie nudzą, a i dorośli śmieją się dość często.

Upragniony cel wędrówki głównego bohatera rzeczywiście znajduje finał w Pacanowie, ale jak kończy się cała historia? Warto sprawdzić samemu. Kto nie był, niech wie, że stracił.

Justyna Gołęcka

„Koziołek Matołek”
Teatr Dramatyczny – Warszawa
na podstawie powieści Kornela Makuszyńskiego
reżyseria: Ondrej Spišák
scenografia: František Lipták
konsultacja dramaturgiczna: Maria Wojtyszko
choreografia: Anna Iberszer
kierownictwo produkcji: Magdalena Romańska
inspicjent: Mateusz Karoń
obsada: Zuzanna Grabowska, Anna Kózka, Agata Wątróbska, Paweł Domagała, Michał Maliszewski, Wojciech Solarz / Grzegorz Woś

 

5.10.2013

Cień Mglistego Billy’ego

Zobaczyć można tylko jego cień. Za to w pełni oczami wyobraźni każdy może zobaczyć historię jego krótkiego i równie skomplikowanego dziecięcego życia! Teatr Figur z Krakowa pokazał na deskach Małej Sceny Teatru Powszechnego spektakl, który porusza unikany w dziecięcym repertuarze problem odchodzenia. Temat śmierci potraktowany za pomocą symbolicznego i dosłownego zarazem teatru cieni…

Dwunastoletni Billy, zwany Mglistym, ma mamę, tatę, siostrę Jane i… zdechłego kota. Kocur Tarzan to nie byle kto, skoro od niego wszystko się zaczyna – oswajanie z końcem, ze śmiercią. Futrzak, biedaczysko, umiera, odchodzi, zdycha, trafia do krainy wiecznych łowów, uruchamiając lawinę dziecięcych pytań, lęków, wyobrażeń o tym, co ostateczne, nieodwołalne, boleśnie oczywiste.

Śmierć jest tu taka, jaką widzi dziecko: bez drobnych kłamstewek dorosłych, pocieszania, że „tam” jest pięknie. Nieuchronna, wpisana w życie, po prostu wśród nas. I każdy musi pogodzić się z jej obecnością i na swój własny, osobisty sposób uporać z odchodzeniem najbliższych, a w końcu i... swoim. A gdyby jednak udałoby się ją przechytrzyć!...

Było wiele pytań, więc po spektaklu do widzów wyszły artystki, wzbudzając nieskrywane poruszenie. Na scenie przecież dzieje się tak dużo i tak nieprzerwanie, i to wszystko tylko na cztery ręce... To zaskoczenie, bo choć scenografia spektaklu jest niezwykle prosta, praca z nią – złożona i skomplikowana (kto jeszcze nie próbował trzymać latarki pod pachą, by obie ręce oddać we władanie straszących drzew, właściwie całego lasu, niech chociaż raz spróbuje). Przedstawienie jest adaptacją najlepszego komiksu francuskojęzycznego w 2010 roku, nagrodzonego przez Instytut Francuski w Krakowie. Jak powiedziała jedna z aktorek, ten fantastyczny komiks „wymusił” na niej zrobienie spektaklu i choć powstał z myślą o starszych dzieciach, już nie może się doczekać, kiedy jej dwuletnia córeczka dorośnie do tej tematyki i takich przeżyć. A sądząc po częstotliwości wciskania się w fotel mojego ośmioletniego syna, z dziecięcej perspektywy przeżycia są nie byle jakie!

Zuzanna Talar

„Mglisty Billy”
Teatr Figur – Kraków
na kanwie komiksu Guillaume’a Bianca
adaptacja i reżyseria: Mateusz Przyłęcki
przekład: Wojciech Prażuch
scenografia: Agnieszka Polańska
oprawa muzyczna: Andrzej Bonarek
animacja lalek/konsultacje: Agnieszka Makowska
realizacja: Piotr Idziak, Magdalena Hałoń, Grizzly Man, Hubert Michalak
pomoc w realizacji: Mateusz Wróbel
obsada: Kinga Wilczyńska, Dagmara Żabska
światło i dźwięk: Murat Kornaev

 

5.10.2013

Ruszyła maszyna!

Czas start! Po raz 17. ruszył Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży „Korczak”. Kolejny rok festiwalowy otworzył Teatr Powszechny w Warszawie spektaklem „Lokomotywa”, a wraz z nim i wiele innych warszawskich teatrów uchyliło wrota przed publicznością. Tłumy młodych widzów wraz z rodzicami przybyły na widownię, aby poczuć magię sztuki.

„Lokomotywa” to wynik połączenia poezji i doskonałego pomysłu reżysera Piotra Cieplaka na umiejscowienie całego wydarzenia w mieszkaniu, które widzimy z perspektywy nikomu nieznanych współlokatorów… Co więcej, są oni tym bardziej niezwykli, że malutkich rozmiarów: „tyciuchnych, tyciutynieczkich”. Budzą się nocą, kiedy wszyscy śpią, a ogromne mieszkanie jest ich całym światem, pełnym przygód, niebezpieczeństw i marzeń o dalekich wyprawach. Nie może umknąć uwadze doskonała scenografia Andrzeja Witkowskiego, na którą składają się przedmioty codziennego użytku prawowitych domowników, takie jak mop czy szczotka do butów przypominająca łóżko. Wszystko nabiera zupełnie nowych znaczeń, a tym samym otwiera okna dziecięcej wyobraźni.

Od samego początku żywym reakcjom publiczności, starszej i tej nieco młodszej, na dobrze znane wiersze Juliana Tuwima towarzyszyły szeroko otwarte oczy i buzie z zachwytem chłonące każdy obraz i słowo. Ze sceny można było usłyszeć między innymi: „Ptasie Radio”, „O Panu Tralalińskim”, „Rzepkę” i „Lokomotywę”, którą dzieci recytowały razem z artystami. Jednak największą uwagę przyciągnął Mariusz Benoit, znakomicie interpretując „Słonia Trąbalskiego” i „Okulary”.

Choć tytułowa „Lokomotywa” nie pojawia się na scenie, można usłyszeć ją kilkukrotnie między kolejnymi wierszami. Jest ona czymś bardzo dalekim, na co wszyscy czekają z utęsknieniem. Zarówno bohaterowie przedstawienia, jak i same dzieci – współtwórcy dzieła – nie doczekali się przyjazdu pociągu. Zbliżający się świt zmusił maleńkich domowników do powrotu w zakamarki domu, by kolejnej nocy, kiedy wszyscy śpią, powrócić, marzyć, przebywać razem i bawić się w teatr…

Aplauzom dzieci nie było końca. Niewątpliwie niektóre maluchy były po raz pierwszy w teatrze, ale na pewno nie ostatni. Tuż po przedstawieniu, we foyer, słychać było pytania młodych widzów o to, kiedy kolejny raz będą mogły przyjść do teatru, co dobrze wróży na przyszłość.

Z całą pewnością pierwszy dzień Festiwalu można uznać za udany.

Justyna Gołęcka

„Lokomotywa”
Teatr Powszechny – Warszawa
na motywach twórczości Juliana Tuwima
reżyseria: Piotr Cieplak
scenografia: Andrzej Witkowski
oprawa muzyczna: Kormorany — Paweł Czepułkowski, Michał Litwiniec
obsada: Eliza Borowska, Maria Robaszkiewicz, Olga Sawicka, Mariusz Benoit, Andrzej Mastalerz, Sławomir Pacek

 


Copyright 2013 (C) Korczak. Realizacja: MATEO